Dziś tydzień I - KARPACZ
DZIEŃ PIERWSZY - ŚWIĄTYNIA WANG
Wstaliśmy rano i szybciutko wpakowaliśmy siebie i rzeczy do samochodu i już po paru chwilach pędziliśmy autostradą w stronę Karpacza. Po zjeździe z A4 doszła do mnie tragiczna myśł - zapomnieliśmy aparatu fotograficznego! Było zdecydowanie za późno na powrót, więc mogę jedynie dziękować Bogu, że pozwolił komuś wymyśleć komórki z aparatem, ponieważ wszystkie zdjęcia zrobiliśmy na wyjeździe telefonami.
Po czterech godzinach dojechaliśmy bez większych problemów na miejsce. Jako, że było wcześnie rozlokowaliśmy się w pokoju i postanowiliśmy coś jeszcze zwiedzić. Padło na Światynię Wang.
Po dwóch godzinach maruszu pod górę , z małą przerwą na plac zabaw :D, kilkoma przystankami ze względu na kiepską kondycję, dotarliśmy na miejsce.
O kościółku możecie poczytać TU. Niesamowicie wygląda budowla z czasów Wigingów w polskich górach :) Młody oczywiście w środku najpierw zrobił AMEN a potem położył sie na ławce, w tym czasie nagranie opowiadało nam o historii kościoła. Marecki chociaż nieźle zmęczony na pytanie "Synku dasz radę wrócić na nóżkach?" odpowiedział. "Tak!" Po czym po chwili.... "Pojedziemy autobusem!" :) . Na szczeście mały człowieczek dał radę sam na własnych nóżkach zejść na dół i z tego powodu byłam z niego niezwykle dumna :)
Z dnia pierwszego warto wpomnieć jeszcze nasz pierwszy obiad na mieście. Głodni poszliśmy do najbliższego lokalu, który wyglądał na nienajdroższy. No i obiadek nawet smaczny w niezbyt drogiej cenie, natomiast cena 1/2 litra papsi zwaliła nas z nóg. Uwaga... 8 zł za butelkę :D, nawet na Snieżce było taniej :)
W tym dniu nie padało!

DZIEŃ DRUGI - MUZEUM ZABAWEK
Obudziły nas strugi deszczu... i nic nie zapowiadało, że przestanie padać. Kiedy troszkę deszcz stracił na sile postanowiliśmy wyruszyć do Muzeum. Ubraliśmy zatem przeciwdeszczowe kurki, a Marecki był cały przeciwdeszczowy - od płaczka do kaloszy :) Tuż za zakrętem znów luneło jakby ktoś wiadrami lał z nieba i niestety okazało się, że sędziwa kurtka Pana Mleczko nie wytrzymała i natychmiast przemokła zatem był calutki mokry. Doszliśmy do przystanku PKS w połowie drogi i mieliśmy zadecydować czy wracamy czy podjedziemy do celu PKS-em. Problem w tym, że rozkład był nieczytelny i nie wiedzieliśmy kiedy coś pojedzie. Na szczęście po 10 min, kiedy to deszcz dalej lał, podjechał autobus i podjechaliśmy do Muzeum.
Moje spodnie ważyły chyba 5 kg. był takie mokre, Mleczko od stóp do głów przemoczony (cud, że się nie rozchorował) i tylko Marek z lekko mokra grzywką :) i tak nasza ekipa weszła do Muzeum :D (KLIK)
Jest tam sporo zabawek z różnych czasów. Od lalek i misiów po samochodziki. Nie musze chyba pisać, że najdłużej Marek stał przy wirynie z samochodami straży pożarnej :)

Drogę powrotną nie rykowaliśmy na piechotę, bo ciągle padało.
Stanęliśmy na przystanku i podjechał autobus. Bo warto zaznaczyć, że przystanki
w Karpaczu to czarna magia. Jest kilku różych przewoźników i teoretycznie
rozkład jest ale praktycznie to każdy jeździ jak chce :) Jak tylko zjechaliśmy
do Karpacza Dolnego - przestało padać :)
Dzień zakończyliśmy pucharkami lodów :) A potem już tylko pod
góreczkę do pensjonatu. Szybka kolacja przygotowana na stoliczku z bułek i
pasztetu :) i młody poszedł spać. I tu ciekawostka. Jako, że Marek jest
przyzwyczajony do zasypiania w samotności musieliśmy co wieczór wychodzić na
balkon, aby młody mógł spokojnie zasnąć. My w tym czasie wdychaliśmy świeże
powietrze :D Na szczęście zasypianie nie trwało dugo :)
DZIEŃ TRZECI - KRÓLEWNA
Poranek zaskoczył nas promieniami słońca, więc postanowiliśmy
wybrać się na podbój Śnieżki. Najpierw musiliśmy podejść na wyciąg na Kopę.
Wędrówka trwała ok godzinki, oczywiście pod górę :) Po dotraciu okazało się, że
krzesełka są jednoosobowe i ktoś musi wziąść małego na kolana. Z racji mojego
lęku przed krzesełami (patrz - nie zdażę na nie wskoczyć lub z nich zeskoczyć)
wybór okazał się oczywisty. Na szczęście udało nam się wskoczyć na krzesełka i
pomkneliśmy w górę. Podróż trwała ok 20 min. im wyżej tym robiło się coraz
zimniej i coraz bardziej mglisto. Po dotarciu do stacji końcowej okazało sie, że
mgła jest tak wielka, że nie widać na 10 m. Ale cóż jak się powiedziało A trzeba
i powiedziec B zatem pomknęliśmy w kierunku Schroniska Śląski Dom. Tam wypiliśmy
ciepłą herbatkę i podążyliśmy w dalszą drogę. Niestety zaczoł pokapywać deszcz a
mgła nie ustępowala. Postanowiliśmy pójść, krótszym, ale trudniejszym szlakiem,
w sumie i tak nie było nic widać :) Mały tuptał dzielnie po kamolach i nawet nie
marudził - był naprawdę niezmordany :) Fajny widok stanowili inni turyści,
którzy tak jak ja mieli pelerynki przeciwdeszczowe i jak sie patrzyło w górę to
widziało się kolorowe punkciki :D
Po dotarciu na szczyt, zmęczeni, ale szczęśliwi, że się udało,
zjedliśmy obiadek w Schonisku. I w tym czasie stał się cud... mgła nieco opadła
i mogliśmy zobaczyć widoki :) Zejście łagodnym szlakiem nie sprwiło już nikomu
problemu i szybko dotarliśmy spowrotem na wyciąg. NIe chcieliśmy ryzykować
zejścia piechotą, bo pogoda wciąż była niepewna...
Podsumowując: Wędrówka ekstremalna i pasjonuąca. Byłam dumna z
moich chłopaków i z siebie zresztą też . Szkoda, że pogoda była kapryśna i do
końca nie można było podziwiać widoków. Ale polecam każdemu - nawet trzylatkowi
:)

DZIEŃ CZWARTY - WESTERN STORY
Kolejny słoneczny dzień :) Zatem wyprawa do Western City był jak
najbardziej wskazana. Tym razem z racji odległości wybraliśmy sie tam specjalnym
"pociągiem" na który polowaliśmy w pozostałe dni, ale bezskutecznie :D Zatem
ten pojazd zabrał nas do pobliskiej wioski w świat indian i kowboi (KLIK)
Bilet, który zakupiliśmy (14 zł) uprawniał nas do kilku atrakcji w
tym wymarzonej przez Mareczka przejażdzki konnej. O pełnej godznie można
zobaczyć, pojedynek rewolwerowców, taniec indian czy napad na bank.
Fantastyczna rzecz dla dzieciaków. Poza tym za symboliczne 5 zł można poszukać
złota (znaleźliśmy dwie grudki :D) no i oczywiście młody został prawdziwym
szeryfem:

W każdym wypadku warto to miejsce odwiedzić z dzieciakami. Chociaż
i dorosłym może sprawić wiele radości. Ja to sobie np z łuku postrzelałam i
nożami porzucałam :)Spokojnie, nikt nie doznał żadnych obrażeń :D

Dzień zakończyliśmy spacerem nad pobliską tamę. Tam Marecki obmył
sobie buzię w rwącym potoku z czego był mega zadowolony :) Miłe zakończenie dnia
:)
DZIEŃ PIĄTY - DINUSIE
W piątek zaplanowaliśmy wyjazd do Szklarskiej Poręby, gdzie
punktem podstawowym był Dinopark. (KLIK)
Pogoda była taka sobie, ale zaryzykowaliśmy wyjazd. Po dotarciu na miejsce
okazało się, że jesteśmy jednymi z pierwszych i dopiero pani kasjerka otwierała
kasę :) Dinopark jest zorganizowany w lesie i figury o naturalnych wielkościach
są postawione między krzakami i drzwami :) Mareckiemu wszystkie dinusie się
podobały, tak bardzo, że kazał nam czytać każdą tablicę informacyjną przy
wszystkich zwierzakach. Niestety wiadomości o gadach były napisane bardzo
fachowym językiem i musieliśmy tworzyć własne wersje dla 3-latka :)
Jak teraz zapytacie Mareczka co wie o dinozaurach powie: "Że one
już nie żyją, bo była długa, ciężka zima i umarły. I miały wielkie zęby i
pazury... ale niektóre nie, bo jadły roślinki" :) W parku jest także olbrzymia
piaskownica i plac zabaw, na który oczywiście musieliśmy pójść. No i zaczęło
kapać, schowaliśmy się pod parasolami restauracji i tak przesiedzieliśmy
przeszło godzinę bo tak się rozpadało. Na szczęście udało nam się zobaczyć
wszystko w Dinoparku i jak tylko deszcz ustał mogliśmy zjechać do Centrum
Miasta.
Planowaliśmy wjechać na Szrenicę i zejść do Wodospadu Kamieńczyka,
ale niestety pogoda cały czas była niepewna na tyle, że się nie zdecydowaliśmy
(i dobrze bo oczywiście znów zaczęło lać). Zatem pochodziliśmy trochę po mieście
i zaliczyliśmy tamtejsze "saneczki".
I tutaj dodać muszę, że w Karpaczu również jest zjeżdzalnia
saneczkowa, którą młody wprost pokochał. Codziennie prosił nas o zjazd i nawet
opracował specjalną minkę saneczkową, którą niestety zawsze wywalczył sobie tę
zabawę. Mleczkowa nie zjeżdzała, bo nie chciała sobie obciachu robić ciągle
chamując, więc była to zabawa Juniora z tatusiem :) Zjeżdzali sobie i obaj byli
szalenie zadowoleni (KLIK).
Szklarska pożegnała nas strugami deszczu tak wielkimi, że czasem
nie było dobrze widać drogi. Tak więc zwiedzenie Wodospadu Szklarki też nam się
nie powiodło.
Po powrocie do Karpacza deszcz troszkę odpuścił i mogliśmy ostatni raz pochodzić po mieście, bo następnego dnia rano czas było wracać...
Po powrocie do Karpacza deszcz troszkę odpuścił i mogliśmy ostatni raz pochodzić po mieście, bo następnego dnia rano czas było wracać...
DZIEŃ SZÓSTY - POWRÓT
W sobote mieliśmy w planach odwiedzenie Parku Miniatur w Kowarach
oraz zamku w Bolkowie. Niestety nie zrobiliśmy etgo..Zgadnijcie czemu..
tak,tak...DESZCZ. Lał bez przerwy i gonił nas aż do autostrady. potem jak ręką
odjoł... nawet słonko gdzieniegdzie sie pojawiało ...
Po czterech godziach dotarliśmy do domu. Marecki jak tylko
dojechał pod dom zobaczył w piaskownicy kolęgę i już musiał koniecznie tam
pójść. :) Zatem Młody z tatą poszli na podwórko a ja rozakowywałam graty.
PODSUMOWANIE
Uznaliśmy, że urlop należał do udanych mimo kapryśnej pogody.
Czego nie zobaczyliśmy w tym roku zobaczymy kiedyś... w końcu możemy tam zawsze
wrócić :)
Każdy z nas przywiózł sobie osobistą pamiątkę. Mleczko - kurtkę
przeciwdeszczową - wiadomo dlaczego :) Młody postanowił, że na pamiatkę chce
...koparkę :) tak, wiem bardzo karkonoska pamiątka :) Ale w samym Karpaczu była
wielka budowa i wciąż koparki i ciężarówki przez niego przejeżdzały więc chyba
to go zainspirowało :) A Mleczkowa zafundowała sobie poduszkę- owieczkę :) Poza
tym przytargaliśmy do domu parę drobiazgów z odwiedzanych miejsc :)

UWAGI KOŃCOWE :D
- Ogólnie mówiąc Karpacz jest miejscem przyjaznym dzieciom.
- Większość atrakcji jest dla nich przystoswana i maluchy moga
korzystać z nich czasem nawet za darmo (do odpowiedniego wieku lub wzrostu)
- Na mieście ceny jedzenia (obiadu) kształtują sie od 14 zł w zwyż
(my tańszych nie znaleźliśmy i nie chodzi mi o hamburgery czy kebaby).
- Stosunkowo drogie wydają się wjazdy kolejką na Kopę czy
Szrenicę - ok 30 zł za osobę
- W pewnym momencie przestalismy liczyć kasę, bo nie było sensu
:)
- Nasz pensjonat możemy polecić, bo było czysto a śniadania
smaczne, chociaż cena za nocleg ze śniadaniem 65 zł (Marek nie płacił). Wystrój
naszego pokoju powiedzmy w stylu lat 80-tych. Ze względu na czas nie mieliśmy
czasu szukać dokładnie, więc zdecydowaliśmy się na"Królową Śniegu" (KLIK)
- Ulice na mapie, które wydają się duże, tak naprawdę mogą się
okazać wąskimi drogami na których można testować zawieszenie samochodu -
przekonaliśmy się o tym głównie jadąc do Dinoparku :)
- Trzylatki są niezniszczalne. Nawet jeśli mają chwilowe
(podkreślam chwilowe) oznaki zmęczenia to natychmiast się regenerują i nie
wiadomo skąd znów mają energię :)
Zdecydowanie kiedyś w Karkonosze wrócimy, może wtedy uda nam się
pokonać kolejne szlaki i zdobyć inne szczyty :)

PS To chyba mój najdłuższy post :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz