sobota, 5 maja 2012

ulopowe bajanie cz. I (18.08.10)

Oto obiecana w poprzednim poście relacja z naszego urlopu.

Dziś tydzień I - KARPACZ



DZIEŃ PIERWSZY - ŚWIĄTYNIA WANG

Wstaliśmy rano i szybciutko wpakowaliśmy siebie i rzeczy do samochodu i już po paru chwilach pędziliśmy autostradą w stronę Karpacza. Po zjeździe z A4 doszła do mnie tragiczna myśł - zapomnieliśmy aparatu fotograficznego! Było zdecydowanie za późno na powrót, więc mogę jedynie dziękować Bogu, że pozwolił komuś wymyśleć komórki z aparatem, ponieważ wszystkie zdjęcia zrobiliśmy na wyjeździe telefonami.

Po czterech godzinach dojechaliśmy bez większych problemów na miejsce. Jako, że było wcześnie rozlokowaliśmy się w pokoju i postanowiliśmy coś jeszcze zwiedzić. Padło na Światynię Wang.

Po dwóch godzinach maruszu pod górę , z małą przerwą na plac zabaw :D, kilkoma przystankami ze względu na kiepską kondycję, dotarliśmy na miejsce.

O kościółku możecie poczytać TU. Niesamowicie wygląda budowla z czasów Wigingów w polskich górach :) Młody oczywiście w środku najpierw zrobił AMEN a potem położył sie na ławce, w tym czasie nagranie opowiadało nam o historii kościoła. Marecki chociaż nieźle zmęczony na pytanie "Synku dasz radę wrócić na nóżkach?" odpowiedział. "Tak!" Po czym po chwili.... "Pojedziemy autobusem!" :) . Na szczeście mały człowieczek dał radę sam na własnych nóżkach zejść na dół i z tego powodu byłam z niego niezwykle dumna :)

Z dnia pierwszego warto wpomnieć jeszcze nasz pierwszy obiad na mieście. Głodni poszliśmy do najbliższego lokalu, który wyglądał na nienajdroższy. No i obiadek nawet smaczny w niezbyt drogiej cenie, natomiast cena 1/2 litra papsi zwaliła nas z nóg. Uwaga... 8 zł za butelkę :D, nawet na Snieżce było taniej :)

W tym dniu nie padało!





DZIEŃ DRUGI - MUZEUM ZABAWEK

Obudziły nas strugi deszczu... i nic nie zapowiadało, że przestanie padać. Kiedy troszkę deszcz stracił na sile postanowiliśmy wyruszyć do Muzeum. Ubraliśmy zatem przeciwdeszczowe kurki, a Marecki był cały przeciwdeszczowy - od płaczka do kaloszy :) Tuż za zakrętem znów luneło jakby ktoś wiadrami lał z nieba i niestety okazało się, że sędziwa kurtka Pana Mleczko nie wytrzymała i natychmiast przemokła zatem był calutki mokry. Doszliśmy do przystanku PKS w połowie drogi i mieliśmy zadecydować czy wracamy czy podjedziemy do celu PKS-em. Problem w tym, że rozkład był nieczytelny i nie wiedzieliśmy kiedy coś pojedzie. Na szczęście po 10 min, kiedy to deszcz dalej lał, podjechał autobus i podjechaliśmy do Muzeum.

Moje spodnie ważyły chyba 5 kg. był takie mokre, Mleczko od stóp do głów przemoczony (cud, że się nie rozchorował) i tylko Marek z lekko mokra grzywką :) i tak nasza ekipa weszła do Muzeum :D (KLIK)

Jest tam sporo zabawek z różnych czasów. Od lalek i misiów po samochodziki. Nie musze chyba pisać, że najdłużej Marek stał przy wirynie z samochodami straży pożarnej :)





Drogę powrotną nie rykowaliśmy na piechotę, bo ciągle padało. Stanęliśmy na przystanku i podjechał autobus. Bo warto zaznaczyć, że przystanki w Karpaczu to czarna magia. Jest kilku różych przewoźników i teoretycznie rozkład jest ale praktycznie to każdy jeździ jak chce :) Jak tylko zjechaliśmy do Karpacza Dolnego - przestało padać :)

Dzień zakończyliśmy pucharkami lodów :) A potem już tylko pod góreczkę do pensjonatu. Szybka kolacja przygotowana na stoliczku z bułek i pasztetu :) i młody poszedł spać. I tu ciekawostka. Jako, że Marek jest przyzwyczajony do zasypiania w samotności musieliśmy co wieczór wychodzić na balkon, aby młody mógł spokojnie zasnąć. My w tym czasie wdychaliśmy świeże powietrze :D Na szczęście zasypianie nie trwało dugo :)


DZIEŃ TRZECI - KRÓLEWNA

Poranek zaskoczył nas promieniami słońca, więc postanowiliśmy wybrać się na podbój Śnieżki. Najpierw musiliśmy podejść na wyciąg na Kopę. Wędrówka trwała ok godzinki, oczywiście pod górę :) Po dotraciu okazało się, że krzesełka są jednoosobowe i ktoś musi wziąść małego na kolana. Z racji mojego lęku przed krzesełami (patrz - nie zdażę na nie wskoczyć lub z nich zeskoczyć) wybór okazał się oczywisty. Na szczęście udało nam się wskoczyć na krzesełka i pomkneliśmy w górę. Podróż trwała ok 20 min. im wyżej tym robiło się coraz zimniej i coraz bardziej mglisto. Po dotarciu do stacji końcowej okazało sie, że mgła jest tak wielka, że nie widać na 10 m. Ale cóż jak się powiedziało A trzeba i powiedziec B zatem pomknęliśmy w kierunku Schroniska Śląski Dom. Tam wypiliśmy ciepłą herbatkę i podążyliśmy w dalszą drogę. Niestety zaczoł pokapywać deszcz a mgła nie ustępowala. Postanowiliśmy pójść, krótszym, ale trudniejszym szlakiem, w sumie i tak nie było nic widać :) Mały tuptał dzielnie po kamolach i nawet nie marudził - był naprawdę niezmordany :) Fajny widok stanowili inni turyści, którzy tak jak ja mieli pelerynki przeciwdeszczowe i jak sie patrzyło w górę to widziało się kolorowe punkciki :D

Po dotarciu na szczyt, zmęczeni, ale szczęśliwi, że się udało, zjedliśmy obiadek w Schonisku. I w tym czasie stał się cud... mgła nieco opadła i mogliśmy zobaczyć widoki :) Zejście łagodnym szlakiem nie sprwiło już nikomu problemu i szybko dotarliśmy spowrotem na wyciąg. NIe chcieliśmy ryzykować zejścia piechotą, bo pogoda wciąż była niepewna...

Podsumowując: Wędrówka ekstremalna i pasjonuąca. Byłam dumna z moich chłopaków i z siebie zresztą też . Szkoda, że pogoda była kapryśna i do końca nie można było podziwiać widoków. Ale polecam każdemu - nawet trzylatkowi :)




DZIEŃ CZWARTY - WESTERN STORY

Kolejny słoneczny dzień :) Zatem wyprawa do Western City był jak najbardziej wskazana. Tym razem z racji odległości wybraliśmy sie tam specjalnym "pociągiem" na który polowaliśmy w pozostałe dni, ale bezskutecznie :D Zatem ten pojazd zabrał nas do pobliskiej wioski w świat indian i kowboi (KLIK)

Bilet, który zakupiliśmy (14 zł) uprawniał nas do kilku atrakcji w tym wymarzonej przez Mareczka przejażdzki konnej. O pełnej godznie można zobaczyć, pojedynek rewolwerowców, taniec indian czy napad na bank. Fantastyczna rzecz dla dzieciaków. Poza tym za symboliczne 5 zł można poszukać złota (znaleźliśmy dwie grudki :D) no i oczywiście młody został prawdziwym szeryfem:




W każdym wypadku warto to miejsce odwiedzić z dzieciakami. Chociaż i dorosłym może sprawić wiele radości. Ja to sobie np z łuku postrzelałam i nożami porzucałam :)Spokojnie, nikt nie doznał żadnych obrażeń :D




Dzień zakończyliśmy spacerem nad pobliską tamę. Tam Marecki obmył sobie buzię w rwącym potoku z czego był mega zadowolony :) Miłe zakończenie dnia :)


DZIEŃ PIĄTY - DINUSIE

W piątek zaplanowaliśmy wyjazd do Szklarskiej Poręby, gdzie punktem podstawowym był Dinopark. (KLIK) Pogoda była taka sobie, ale zaryzykowaliśmy wyjazd. Po dotarciu na miejsce okazało się, że jesteśmy jednymi z pierwszych i dopiero pani kasjerka otwierała kasę :) Dinopark jest zorganizowany w lesie i figury o naturalnych wielkościach są postawione między krzakami i drzwami :) Mareckiemu wszystkie dinusie się podobały, tak bardzo, że kazał nam czytać każdą tablicę informacyjną przy wszystkich zwierzakach. Niestety wiadomości o gadach były napisane bardzo fachowym językiem i musieliśmy tworzyć własne wersje dla 3-latka :)

Jak teraz zapytacie Mareczka co wie o dinozaurach powie: "Że one już nie żyją, bo była długa, ciężka zima i umarły. I miały wielkie zęby i pazury... ale niektóre nie, bo jadły roślinki" :) W parku jest także olbrzymia piaskownica i plac zabaw, na który oczywiście musieliśmy pójść. No i zaczęło kapać, schowaliśmy się pod parasolami restauracji i tak przesiedzieliśmy przeszło godzinę bo tak się rozpadało. Na szczęście udało nam się zobaczyć wszystko w Dinoparku i jak tylko deszcz ustał mogliśmy zjechać do Centrum Miasta.

Planowaliśmy wjechać na Szrenicę i zejść do Wodospadu Kamieńczyka, ale niestety pogoda cały czas była niepewna na tyle, że się nie zdecydowaliśmy (i dobrze bo oczywiście znów zaczęło lać). Zatem pochodziliśmy trochę po mieście i zaliczyliśmy tamtejsze "saneczki".

I tutaj dodać muszę, że w Karpaczu również jest zjeżdzalnia saneczkowa, którą młody wprost pokochał. Codziennie prosił nas o zjazd i nawet opracował specjalną minkę saneczkową, którą niestety zawsze wywalczył sobie tę zabawę. Mleczkowa nie zjeżdzała, bo nie chciała sobie obciachu robić ciągle chamując, więc była to zabawa Juniora z tatusiem :) Zjeżdzali sobie i obaj byli szalenie zadowoleni (KLIK).

Szklarska pożegnała nas strugami deszczu tak wielkimi, że czasem nie było dobrze widać drogi. Tak więc zwiedzenie Wodospadu Szklarki też nam się nie powiodło.
Po powrocie do Karpacza deszcz troszkę odpuścił i mogliśmy ostatni raz pochodzić po mieście, bo następnego dnia rano czas było wracać...


DZIEŃ SZÓSTY - POWRÓT

W sobote mieliśmy w planach odwiedzenie Parku Miniatur w Kowarach oraz zamku w Bolkowie. Niestety nie zrobiliśmy etgo..Zgadnijcie czemu.. tak,tak...DESZCZ. Lał bez przerwy i gonił nas aż do autostrady. potem jak ręką odjoł... nawet słonko gdzieniegdzie sie pojawiało ...

Po czterech godziach dotarliśmy do domu. Marecki jak tylko dojechał pod dom zobaczył w piaskownicy kolęgę i już musiał koniecznie tam pójść. :) Zatem Młody z tatą poszli na podwórko a ja rozakowywałam graty.


PODSUMOWANIE

Uznaliśmy, że urlop należał do udanych mimo kapryśnej pogody. Czego nie zobaczyliśmy w tym roku zobaczymy kiedyś... w końcu możemy tam zawsze wrócić :)

Każdy z nas przywiózł sobie osobistą pamiątkę. Mleczko - kurtkę przeciwdeszczową - wiadomo dlaczego :) Młody postanowił, że na pamiatkę chce ...koparkę :) tak, wiem bardzo karkonoska pamiątka :) Ale w samym Karpaczu była wielka budowa i wciąż koparki i ciężarówki przez niego przejeżdzały więc chyba to go zainspirowało :) A Mleczkowa zafundowała sobie poduszkę- owieczkę :) Poza tym przytargaliśmy do domu parę drobiazgów z odwiedzanych miejsc :)




UWAGI KOŃCOWE :D

- Ogólnie mówiąc Karpacz jest miejscem przyjaznym dzieciom.

- Większość atrakcji jest dla nich przystoswana i maluchy moga korzystać z nich czasem nawet za darmo (do odpowiedniego wieku lub wzrostu)

- Na mieście ceny jedzenia (obiadu) kształtują sie od 14 zł w zwyż (my tańszych nie znaleźliśmy i nie chodzi mi o hamburgery czy kebaby).

- Stosunkowo drogie wydają się wjazdy kolejką na Kopę czy Szrenicę - ok 30 zł za osobę

- W pewnym momencie przestalismy liczyć kasę, bo nie było sensu :)

- Nasz pensjonat możemy polecić, bo było czysto a śniadania smaczne, chociaż cena za nocleg ze śniadaniem 65 zł (Marek nie płacił). Wystrój naszego pokoju powiedzmy w stylu lat 80-tych. Ze względu na czas nie mieliśmy czasu szukać dokładnie, więc zdecydowaliśmy się na"Królową Śniegu" (KLIK)

- Ulice na mapie, które wydają się duże, tak naprawdę mogą się okazać wąskimi drogami na których można testować zawieszenie samochodu - przekonaliśmy się o tym głównie jadąc do Dinoparku :)

- Trzylatki są niezniszczalne. Nawet jeśli mają chwilowe (podkreślam chwilowe) oznaki zmęczenia to natychmiast się regenerują i nie wiadomo skąd znów mają energię :)

Zdecydowanie kiedyś w Karkonosze wrócimy, może wtedy uda nam się pokonać kolejne szlaki i zdobyć inne szczyty :)




PS To chyba mój najdłuższy post :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz