Wyruszyliśmy w sobotę spod domu kultury w stronę Wisły. Podróż miała trwać ok 2 godzin, trwała 3 :) Po drodze roboty, korki no i mega wąska droga na której musiały minąć się dwa autokary. Powiem wam, że to była dopiero atrakcja dla dzieciaków! Wszystkie dzieciaki (i nie tylko) z nosami przyklejonymi do szyby śledziły poczynania panów kierowców. Z jednej strony urwisko, z drugiej strome wzniesienie no i mnóstwo zasp śnieżnych. Kierowcy kombinowali na lewo i prawo, ale się nie dało w końcu wpadli na pomysł, żeby ten autokar, który zjeżdżał na dół , wjechał na nasz pas wyprzedzając nasz autobus i cofając dojechał do szerszego miejsca. Manewr okazał się strzałem w 10. Jakby tego było mało parę metrów dalej ta sama sytuacja. Na szczęście tam było szerzej i autobusy wyminęły się w odległości paru centymetrów. Po takiej akcji pan kierowca otrzymał brawa jak piloci po szczęśliwym lądowaniu :)
Na miejsce dotarliśmy z dużym opóźnieniem. Koniki na nas czekały. Sanie wieloosobowe, wąskie lekko zlodowaciałe :) na dworze - 15 stopni :) koniki ruszyły z kopyta i... szły...szły.. szły tak szybko, że piesi nas mijali :) Więc rwały te konie, że aż się kurzyło :D Po 20 min. dotarliśmy na miejsce czyli do bacówki czyli do szopy :) Tam poczęstowano nas bliżej nieokreślona zupką, kromką ze smalcem i kiełbaską, którą sami piekliśmy nad ogniem :)
Chwila została aby dzieci mogły pozjeżdżać na dupolotach lub jabłuszkach (wersja jak kto woli) . Dla Marka była to sensacja, bo wcześniej nie miął tej przyjemności - strasznie mu się podobało. Po 20 min. koniki po nas przyjechały i zwiozły nas na dół. A tam na polanie nastąpiły atrakcje integracje gdzie dzieci z rodzicami przeciągali linę, robili śnieżną burzę, lepili różności ze śniegu i oczywiście zjeżdżali z górki.
Marecki dzielnie zjeżdżał nawet z największych górek i wcale się nie bał, co mnie lekko zdziwiło, bo on raczej strachliwy jest. Była to czasem jazda ekstremalna, bo trasa była pełna wybojów. No jak na ostatniej trasie poleciał w górę i tylko widziałam to nogę to rękę no to wiedziałam, że koniec jazdy :) Skończyło się na strachu bo ani jednego siniaka nie ma no i wszystkie kończyny całe :)
W sumie można powiedzieć, że fajnie było. Miało się dzieciom podobać i Mareckiemu się podobało. Do dziś wspomina lot na dupolocie :)
Za miesiąc w ramach comiesięcznych zajęć "Pirackie opowieści" :)
W fotkowni fotorelacja z powyższego
****************************
A jutro WalęTynki :) My jako tako ich nie obchodzimy, ale dajemy sobie po symbolicznej karteczce. Jako, że mam awersję do czerwonych , różowych sweetaśnych i sercowych wzorków moja kartka dla Pana Mleczko wygląda tak :

No cali My...no może nie jesteśmy AŻ tak szczupli :)
Marecki przygotował z 10 serduszek dla koleżanek i pań z przedszkola no i jedną wyjątkową Walentynkę dla Oli (wiadomo ta musiała być z zamkiem, bo Ola lubi rycerzy :D) Już widzę jak go te dziewuchy w przedszkolu całują :D :D :D
Z tej ..tynkowej okazji życzę więc wam kochani zacementowanej miłości :D
*****************************
Z innej beczki zbliża się kolejna rocznica blogowego pisania. W związku z powyższym wzywam wszystkich czytaczy do raportu :) Znaczy proszę się przyznać kto tu jeszcze zagląda. Wskazane pozostawienia komentarza. Dla czytelników z okazji rocznicy przewidziane zostało małe co nieco, które można wylosować. conieco jest rzecz jasna niespodzianką :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz