Żyję...ale jakoś monotonne to życie.
Pobudka o 6:55, wstać ubrać siebie i dziecko - do samochodu, zawieść dziecko
do babci, siebie zawieść do pracy. Praca. Powrót do babci po dziecko.Obiad.
Zabawa z młodym - na topie ciastolina. Trochę TV. Kolacja. Mareckiego położyć,
bajka, tel. do dziadków na dobranoc. Trochę TV lub kompa. Ok 23:00 dobranocny
całus. Tak codziennie. Przez 5 dni w tygodniu. Weekendy dużo się nie różnią.
Rozrywką stają się zakupy w markecie. Straszne. Czas leci przez palce. Nie chce
się nic. Może to przez tę zimę...nievwiem
Odnotowuje totalny spadek formy psychofizycznej. Chciałabym się wyrwać z tej
monotonii, ale ona trzyma mocno i nie chce mi się. Zauważyłam, że zimą życie
towarzyskie też marznie. Mniej się odwiedzamy, rzadzej gdzieś chodzimy. Moje
koleżanki z pracy zapisały się na zajęcia z aerobiku na 20:30 - o tej godzinie
to zaszywam się w kąciku w domu i nie mam ochoty już nigdzie wychodzić. Chociaż
aerobk by się przydał, a jakże.
Zaczynam czuć się jak typowa kapciuszkowa mamuśka. A to przecież do mnie nie
podobne. Przecież uwielbiam gdzieś chodzić, coś robić, uwielbiam ludzi....
Może mam też dość inicjowania spotkań, może czekam aż ktoś mi coś
zaproponuje....
Chyba potrzebuję impulsu...albo wiosny...
Bo jak narazie coś się dzieje niedobrego....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz