piątek, 27 kwietnia 2012

zaczeło się... (12.09.09)

No można powiedzieć, że Marek w poniedziałek zaczoł nowy etap....:)

Otóż wywaliło się moje dziecko i na rozbitym szkle i rozwaliło rączkę. I przeżył swoje pierwsze szycie....

Babcia po upadku wylądowała z nim na izbie przyjęć po czym zadzwoniła do mnie żebym przyjechała podpisać zgode na zabieg w znieczuleniu całowitym. Przerżona wpadłam z pracy i pognałam do szpitala, po drodze dzwoniąc do Pana Mleczko. Przybiegam na Ibę Przyjęć a tam moje dziecko z bananem na twarzy mówi do mnie "Ała mam tu mama, widzis??" I wystawia swoją zabandażowaną dłoń. Po telefonie mamy miałam wrażenie, że rękę po łokieć ma rozwaloną a okazało się, że przecioł sobie część pomiędzy kciukiem a paluszkiem na prawej ręce.

Pytacie więc skąd ta narkoza. Okazał się, że Pan doktor bał się go szyć na znieczuleniu miejscowym, że niby taki mały i ruszać się może za bardzo. No to postanowili go uśpić i tak na prawie dwa dni trafiliśmy na oddział.

Dlaczego tak długo? A dlatego, że najpierw 6 godzin musiliśmy odczekać od ostatniego posiłku, potem zabieg 15 min, potem kolejne 5 godz. obserwacji Mareczka i jego reakcji na narkozę (oczywiście był marudny nie do zniesienia) i tak zrobiła się 21:00 czyli za późno żeby nas wypisać i zostałam z nim do rana. Marecki otrzymał swoje łózeczko i po bieganiu po korytarzu, podrywie pacjentki z pokoju obok oraz zalotach do cioć pielęgniarek zasnął o 21:30.

A ja....ja przesiedziałam całą noc na krzesle obok jego łóżeczka, bo raczej jak sobie człowiek sam czegoś nie przyniesie (patrz fotela, dmuchanego materaca itp.) to szpital może zaoferować twarde piszczące krzesło ;/ Mówię Wam masakra... do 3:00 wcale nie spałam tylko zmieniałam pozycje a potem do 6:00 drzemałam i tak co 15 min się budziłam. Potem musieliśmy czekać do 9:00 na obchód, żeby nas o 10:00 wypisali. W takich chwilach człowiek myśli o prywatnym ubezpieczeniu zdrowotnym dla całej rodziny.....

Jak operowaliśmy spodziectwo zapłaciłam za siebie 250 zł, ale miałam przynajmniej łóżko i wypasione posiłki a tu nawet nie było możliwości wykupienia czegokolwiek...ehhh...szkoda gadać...

Marek ma zatem 5 szwów i jest z nich bardzo dumny. Pokazuje bandaż i opowiada o tym wszystkim co się zdarzyło, nawet Pani na poczcie :) Twierdzi, że go nic nie boli i z łatwością daje sobie zmieniać opatrunek (a muszę to robić codziennie bo rączki raczej nie oszczędza i bandaż jest brudny jak święta ziemia :D) W czwartek idziemy na kontrolę - niestety szwy nie są będzie miał je więc wyjmowane.

Ponoć blizny nie będzie bo Juniror to młody organizm i świetnie z raną sobie poradzi. Przewiduję jednak, że jak na prawdziwego chłopaka przystało jeszcze nie jedno nas z nim czeka.... :) Pewnie dopiero się zaczeło... :)

Poniżej zdjęcia na dowód , że Junior ma się dobrze:





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz