Napisał do mnie sympatyczny (zapewne) Pan Miłosz z Onetu z zapytaniem czy
spotkałam się kiedyś z przejawem bezinteresownej pomocy. Jeżeli tak to prosił o
podzielenie się tym na blogu. No i strzelił w dziesiątke, bo kto jak kto, ale ja
odebrałam setki pozytywnych wibracji od was - blogowych czytaczy.
21 kwietnia 2007 roku zawalił mi się mój poukładany i prawie idealny świat.
Będąc w 9-tym miesiącu ciąży straciłam męża. Po dwóch i pół miesiącach przegrał
chorobę z infekcyjnym zapaleniem wsierdzia. Zmarł po operacji wymiany zastawki -
operacja była udana, niestety reszta organizmu była już tak słaba i zainfekowana
bakterią, że nic się nie dało zrobić..... Zostałam niespełna 30-to letnią wdową
(boszeee jak ja tego słowa nie nawidziłam!)
Przez cały ten czas walki z chorobą niektórzy z blogowiczów byli przy nas,
doradzali w sprawach medycznych, trzymali kciuki, modlili się - cały czas
czuliśmy Waszą obecność. Ale to co stało się po śmierci Sławka przerosło moje
oczekiwania.
W pogrzebie uczestniczył przedstawiciej naszej blogowej rodzinki - Jacek,
który wydrukował wasze kondolencje przysłane mu w komentarzach i wraz z różą
wrzucił do grobu. I to właśnie wtedy dowiedziałam się o niesamowitej akcji,
która zaistniała. Okazało się, że blogowicze, którzy mnie czytali, ale także ci,
którzy poznali mnie dopiero po tragedi, zorganizowali akcje pomocy dla mnie i
Mareczka....
Dzięki Wam i waszym zbiórkom mieliśmy setki ubranek, zabawek a nawet wózek,
nie mówiąc już o tym, że zebrała się także niezła sumka pieniędzy, którą
przeznaczyłam na szczepionki i akcesoria dla młodego. Oferowano nam pomoc prawna
i psychologiczną a także wakacje :) Deklaracje pomocy pojawiały się z różych
stron i miały przeróżny charakter.
Pamiętam jak chłonęłam waszą dobroć i bezinteresowność i w jakim byłam szoku,
że zupełnie obcy ludzie potrafią sie tak zorganizować dla kogoś kogo znają tylko
z opisywanych historyjek....
Nie sposób nie wspomnieć o Polly, która latała i załatwiała wszystkie
papierkowe sprawy. To w sumie dzięki niej tak szybko młody dostał rentę
rodzinną. I inne rzeczy zostały sprawnie załatwione.
No i to dzięki niej nie byłam sama przy porodzie (i to ewidentnie dzięki
temu Marek przejął po cioteczce gadatliwość) :) Dla nas obu było to
zdecydowanie mocne przeżycie :)
I wykorzystując fakt, że poproszono mnie o napisanie tego posta jeszcze
raz:
DZIEKUJĘ WSZYSTKIM, KTÓRZY WTEDY W JAKIKOLWIEK SPOSÓB BYLI PRZY
MNIE!
To dzięki Wam zaczełam wierzyć , że dobro jest w ludziach :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz