czwartek, 10 maja 2012

O dobroci słów kilka (18.05.11)

Napisał do mnie sympatyczny (zapewne) Pan Miłosz z Onetu z zapytaniem czy spotkałam się kiedyś z przejawem bezinteresownej pomocy. Jeżeli tak to prosił o podzielenie się tym na blogu. No i strzelił w dziesiątke, bo kto jak kto, ale ja odebrałam setki pozytywnych wibracji od was - blogowych czytaczy.


21 kwietnia 2007 roku zawalił mi się mój poukładany i prawie idealny świat. Będąc w 9-tym miesiącu ciąży straciłam męża. Po dwóch i pół miesiącach przegrał chorobę z infekcyjnym zapaleniem wsierdzia. Zmarł po operacji wymiany zastawki - operacja była udana, niestety reszta organizmu była już tak słaba i zainfekowana bakterią, że nic się nie dało zrobić..... Zostałam niespełna 30-to letnią wdową (boszeee jak ja tego słowa nie nawidziłam!)

Przez cały ten czas walki z chorobą niektórzy z blogowiczów byli przy nas, doradzali w sprawach medycznych, trzymali kciuki, modlili się - cały czas czuliśmy Waszą obecność. Ale to co stało się po śmierci Sławka przerosło moje oczekiwania.

W pogrzebie uczestniczył przedstawiciej naszej blogowej rodzinki - Jacek, który wydrukował wasze kondolencje przysłane mu w komentarzach i wraz z różą wrzucił do grobu. I to właśnie wtedy dowiedziałam się o niesamowitej akcji, która zaistniała. Okazało się, że blogowicze, którzy mnie czytali, ale także ci, którzy poznali mnie dopiero po tragedi, zorganizowali akcje pomocy dla mnie i Mareczka....

Dzięki Wam i waszym zbiórkom mieliśmy setki ubranek, zabawek a nawet wózek, nie mówiąc już o tym, że zebrała się także niezła sumka pieniędzy, którą przeznaczyłam na szczepionki i akcesoria dla młodego. Oferowano nam pomoc prawna i psychologiczną a także wakacje :) Deklaracje pomocy pojawiały się z różych stron i miały przeróżny charakter.

Pamiętam jak chłonęłam waszą dobroć i bezinteresowność i w jakim byłam szoku, że zupełnie obcy ludzie potrafią sie tak zorganizować dla kogoś kogo znają tylko z opisywanych historyjek....

Nie sposób nie wspomnieć o Polly, która latała i załatwiała wszystkie papierkowe sprawy. To w sumie dzięki niej tak szybko młody dostał rentę rodzinną. I inne rzeczy zostały sprawnie załatwione.

No i to dzięki niej nie byłam sama przy porodzie (i to ewidentnie dzięki temu Marek przejął po cioteczce gadatliwość) :) Dla nas obu było to zdecydowanie mocne przeżycie :)


I wykorzystując fakt, że poproszono mnie o napisanie tego posta jeszcze raz:

DZIEKUJĘ WSZYSTKIM, KTÓRZY WTEDY W JAKIKOLWIEK SPOSÓB BYLI PRZY MNIE!

To dzięki Wam zaczełam wierzyć , że dobro jest w ludziach :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz