No żyję, nie ma co... i wcale nie jestm już zdołowana :) Tylko tak jakoś
oklapłam ostatnio, sił i ochoty na wszystko brak - czort wie dlaczego...może to
te ciśnienie a może zła dieta...
Pierwsze dni listopada minęły spokojnie. Nic się nie działo, może za
wyjątkiem paru spotkań ze znajomymi. Tak to jakoś jest, że każdy z nas ma swoje
życie i coraz rzadziej się spotykamy, a kiedyś widywaliśmy się przynajmniej co
tydzień. No cóż życie...
A mnie, mimo oklapnięcia, coś nosi i chyba potrzebuję jakiegoś impulsu i
celu. Na którym mogłabym skupić swoją enegię i wyrwać się z otępienia...
Na koniec coś z serii ręce opadają :)
Jesteśmy z mamą i Juniorem przy grobie Ogórka, porządkujemy przed Wszystkimi
Świętymi. Młody zaczyna się nudzić i pyta czy może nazbierać parę kamyczków
(obok Ogórka jest grób wokół którego rozsypano małe kamyczki). My na to, że nie
ma sprawy. Po trzech minutach patrzę a Marecki ma już pół reklamówki tych
kamyczków.
Babcia: Marek tak nie wolno.
Marecki: Ale pozwoliłyście mi!
Mleczkowa: Ale nie tak dużo.
Marecki: Ale cemu?
Babcia: Bo ta Pani będzie zła.
Marecki: Babcia, przestań... Ta Pani juz nie zyje...jej juz jest wsystko
jedno...
Babcia i Mleczkowa: konsternacja i zduszony śmiech...
A babci chodziło o Panią, która przychodzi opiekować się grobem... ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz