piątek, 27 kwietnia 2012

A nadzieja zawieść nie może... (21.04.09)

Jak ten czas leci.. to już dwa lata od śmierci Pana Ogórka..

Wiecie, że te dwa lata to dłużej niż trwało nasze małżeństwo.... Dane nam było być 1,5 roku po ślubie w tym 2 miesiące Ogórka w szpitalach...

Niesamowite jak się może w życiu człowiekowi namieszać. Ludzie układają swoje plany, myślą, że już wiedzą jak będzie wyglądało ich życie a tu BACH!!!! I człowiek staje się malutki, i wie, że nic nie może w obliczu pewnych spraw.

Miałam szczęście, poukładałam sobie życie na nowo, za co Bogu dziękuję. Znalazłam człowieka, który pokochał mnie i Mareczka. Ale do dziś nie lubię oglądać w telewizji czy kinie ujęć z ludzmi pod respiratorem- od razu widzę Ogórka, jak wtedy biednie wyglądał i jak cały chodził pod tym sprzętem.

Byłam ostatnią osobą, którą zobaczył w swoim życiu, bo potem był w śpiącze. W ostatnich słowach poprosił o pielegniarkę, bo czuł, że coś złego zaczyna się dziać..był już taki słaby...i widać było, że bardzo się boi...Jeszcze było tyle rzeczy, które chciałam mu powiedzieć....

Od pierwszego zastoju akcji serca utrzymywanie go w śpiączce farmakologicznej sprawiło, że nie cierpiał. Po operacji też go nie wybudzili, był już chyba za słaby. Przynajmniej nie miał świadomości co się z nim dzieje...

Niesamowite ile człowiek ma nadziei w takiej sytuacji. Do końca wierzyłam, że wszystko będzie dobrze. Siedziałam ok. 30 godzin na przemian przy jego łóżku i korytarzu nie czując zmęczenia ani senności, a to przecież był już 9 miesiąc ciąży. Lekarze prawie siłą zmusili mnie do pojechania do domu. Pojechałam znów na zakończenie operacji i ciągle miałam nadzieję.Stan był cięzki. Kardiochirurg przeprowadzający operację powiedział, że to był cud, że Ogórek operację przeżył- dawali mu 2% szansy na przeżycie samego zabiegu.Stan był bardzo ciężki.Kazał jechać do domu, bo i tak nie można było być przy Ogórku. A nadzieja wciąż przy mnie była... Dopiero kiedy kilkanaście godzin po operacji mój ojciec zadzwonił dowiedzieć się o stan zdrowia Ogórka i lekarz powiedział, że nie potrafią zatamować krwotoku i są nikłe szanse..poddałam się i czekałam już tylko na ostatnią wiadomość...

Nadzieja na to, że wszystko się ułoży, że zawsze będziemy razem, że będzie przy narodzinach Mareczka, że pojedziemy razem na wycieczkę do Norwegii, że zrobimy jeszcze milion innych rzeczy - zniknęła, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdźki... została wtedy tylko pustka. I nie potrafiłam wyobrazić sobie życia bez Ogórka, bo przecież dopiero je tak naprawdę razem zaczynaliśmy...


Uraz został. Nie lubię szpitali, szczególnie oddziału kardiologicznego. Mam słabość do ludzi z chorobami serca (szczególnie w życiu zawodowym) i przesadnie reaguję na choroby bliskich. Np, kiedy Mleczko miał grypę żołądkową, bardzo ciężką ją przechodził w pewnym momencie tracił przytomność - mój puls wzrósł o 100% i pierwsza myśl, która przyszła mi go głowy to: "nie może być, że znów mnie to spotyka". Wiem, panikowałam, ale ewidentnie wynika to z moich doświadczeń, które to zmieniły mnie i moje myślenie...

Wiem, że Ogórek gdzieś tam z góry na nas patrzy i mam nadzieję, że uśmiecha się szeroko poprawiając swoje okulary. I chyba się cieszy widząc nas szczęśliwymi....


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz