Dzień I - PIĄTEK
Wstaliśmy wcześnie, chyba oboje odczuwalismy nerwowość, Marek chyba
podświadomie. O 7:00 nakarmiłam Juniora kaszką (ostatni posiłek przed
zabiegiem), ubrałam i zadzwoniłam po taksówkę. Jako, że za oknem pogoda dalej
jak na Anarktydzie,taksówka przyjechała po 25min.... stary polonez...a w niej
stary facet. Jechał do szitala 5 na godz. i miałam wrażenie, że ma letnie opony
- masakra.
Po 8:00 zgłosiliśmy się do rejestracji. Musieliśmy troszke poczekać, bo paru
chłopców było już przed nami. Miła pani rejestratorka wypełniła wszelkie
dokumenty, ja zapłaciłam za pobyt a Marek w tym czasie Panią czarował (jak to ma
w zwyczaju). Po rejestracji zeszła po nas pielegniarka oddziałowa, i
zaprowadziła nas do pokoju w którym mieliśmy przeczekać do zabiegu. Zostaliśmy
zakwaterowani w sali dwuosobowej z nowym kolegą- rocznym Igorkiem. Igorek miał
również tę samą wadę co Marek ale ciut bardziej skomplikowany przypadek. Salę
obok zajął 9-cio miesięczny Mateuszek z rodzicami. No i czekalismy...i
czekalismy..i czekaliśmy i to było własnie najgorsze, nic sie nie działo,czas
jakby stanął w miejscu. Mołdy mógł pobawić się tamtejszymi zabawkami w ilości
sztuk trzy, swoim młoteczkiem, lub zabawkami rocznego Igora Przez te kilka
godzin chłopaki zdążyli się poznać i zaprzyjaźnić a my mamy oczywiście snułyśmy
wizje zabiegów.
Najbardziej bałam się tego niejedzenia przed zabiegem, ale cudem się udało.
Najgorszy moment nadszedł kiedy przynieśli nam obiad. Junior na widok tacek od
razu krzyczał MNIAM!! MNIAM! I trzeba było zamknać się w pokoju i szybko zjeść
tak żeby dzieciaki tego nie widziały. W tym czasie tata Igora zagadywał
chłopaków :)
O 13:00 poszliśmy na padania pediatryczne. O 14:00 przyszedł nasz pan doktor
zobczyć raz jeszcze przedmiot operacji. No a na końcu pojawiła sie pani
anestezjolog żeby objaśnić co i jak z narkozą. Jako, że Mateuszek był najmłodszy
to on został pionierem. My byliśmy następni w kolejce.
Przed samym zabiegiem przeniesiono nas do sali na piętro. Tam Mareczek dostał
szpitalną koszulkę - 10 razy na niego za dużą :) i syropek tzw "głupiego jasia"
Ale był po nim słodki :) Cały czas się uśmiechał i wyglądał jak na haju :) Potem
to ciagle kładł się na łózku i chciał spać.No to jak przyszła pielęgniarka i
powiedziała mu,że zaraz będzie spac to bez oporów poszedł z ną na salę
operacyją....
Zamknęły się drzwi do bloku operacyjnego. A my czekaliśmy przed nimi.
Strasznie czas się dłużył...mój żołądek podchodził mi do gadła a potem spadał w
pięty. Jezzzuuu..strasznie.
Dokładnie po 55 minutach wyszedł pan doktor i powiedział, że już po
wszystkim, że zabieg się udał i teraz to może być bardzo duży obrzęk. Zaznaczył,
że Marek ma opatrunek uciskowy,który pielęgniarki zdemontyją w okolicy godz.
22-giej.
No to czekaliśmy aż nasz maluch wyjedzie z bloku. Patrzymy a Junior na
szpitanym łóżku jedzie i...smacznie sobie chrapie. Młody tak się tym zmeczył
wszystkim, zasnął jak kamień (dodatkowo znieczulenie zadziałało) i spał tak
sobie przez trzy godzinki. Snem strasznie głębokimi spokojnym. Dostał dwie
kroplówki przez werflon i tlen, żeby mu się lepiej oddychało. W między czasie
zoperowano także Igorka, któr po wyjechaniu z bloku strasznie płakał. Jak ja się
bałam, że młody też się tak rozpłacze z bólu jak się obudzi.... No ale jak wstał
od razu pięknie z nami rozmawiał (po swojemu rzecz jasna) i uśmiechał się do
wszystkich. Pani pielęgniarka powiedziała, ze można mu się dać napić herbatki,
na co Marek od razu żywo zareagował. Dostał więc swoje picie i ... po godzinie
je zwymiotował całe, zalewając kołdrę, poduszkę, pościel i piżamikę.... masakra.
Ale pielęgniara uspokoiła nas, że tak się zdarza po narkozie. Dałamu środek
antywymiotny dożylnie i wszystko już było OK.
Zostaliśmy sami w pokoju, złączyłam łóżka tak abyśmy oboje mieli dużo
miejsca. Wiedziałam, że młody się wypał więc szybko nie zaśnie a poza tym nie
był przyzwyczajony do spanie ze mną, ale to co było w nocy przeszło moje
wyobrażenia....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz