piątek, 27 kwietnia 2012

szpitalne opowieści cz I (23.02.09)

Dzień I - PIĄTEK

Wstaliśmy wcześnie, chyba oboje odczuwalismy nerwowość, Marek chyba podświadomie. O 7:00 nakarmiłam Juniora kaszką (ostatni posiłek przed zabiegiem), ubrałam i zadzwoniłam po taksówkę. Jako, że za oknem pogoda dalej jak na Anarktydzie,taksówka przyjechała po 25min.... stary polonez...a w niej stary facet. Jechał do szitala 5 na godz. i miałam wrażenie, że ma letnie opony - masakra.

Po 8:00 zgłosiliśmy się do rejestracji. Musieliśmy troszke poczekać, bo paru chłopców było już przed nami. Miła pani rejestratorka wypełniła wszelkie dokumenty, ja zapłaciłam za pobyt a Marek w tym czasie Panią czarował (jak to ma w zwyczaju). Po rejestracji zeszła po nas pielegniarka oddziałowa, i zaprowadziła nas do pokoju w którym mieliśmy przeczekać do zabiegu. Zostaliśmy zakwaterowani w sali dwuosobowej z nowym kolegą- rocznym Igorkiem. Igorek miał również tę samą wadę co Marek ale ciut bardziej skomplikowany przypadek. Salę obok zajął 9-cio miesięczny Mateuszek z rodzicami. No i czekalismy...i czekalismy..i czekaliśmy i to było własnie najgorsze, nic sie nie działo,czas jakby stanął w miejscu. Mołdy mógł pobawić się tamtejszymi zabawkami w ilości sztuk trzy, swoim młoteczkiem, lub zabawkami rocznego Igora Przez te kilka godzin chłopaki zdążyli się poznać i zaprzyjaźnić a my mamy oczywiście snułyśmy wizje zabiegów.

Najbardziej bałam się tego niejedzenia przed zabiegem, ale cudem się udało. Najgorszy moment nadszedł kiedy przynieśli nam obiad. Junior na widok tacek od razu krzyczał MNIAM!! MNIAM! I trzeba było zamknać się w pokoju i szybko zjeść tak żeby dzieciaki tego nie widziały. W tym czasie tata Igora zagadywał chłopaków :)

O 13:00 poszliśmy na padania pediatryczne. O 14:00 przyszedł nasz pan doktor zobczyć raz jeszcze przedmiot operacji. No a na końcu pojawiła sie pani anestezjolog żeby objaśnić co i jak z narkozą. Jako, że Mateuszek był najmłodszy to on został pionierem. My byliśmy następni w kolejce.

Przed samym zabiegiem przeniesiono nas do sali na piętro. Tam Mareczek dostał szpitalną koszulkę - 10 razy na niego za dużą :) i syropek tzw "głupiego jasia" Ale był po nim słodki :) Cały czas się uśmiechał i wyglądał jak na haju :) Potem to ciagle kładł się na łózku i chciał spać.No to jak przyszła pielęgniarka i powiedziała mu,że zaraz będzie spac to bez oporów poszedł z ną na salę operacyją....

Zamknęły się drzwi do bloku operacyjnego. A my czekaliśmy przed nimi. Strasznie czas się dłużył...mój żołądek podchodził mi do gadła a potem spadał w pięty. Jezzzuuu..strasznie.

Dokładnie po 55 minutach wyszedł pan doktor i powiedział, że już po wszystkim, że zabieg się udał i teraz to może być bardzo duży obrzęk. Zaznaczył, że Marek ma opatrunek uciskowy,który pielęgniarki zdemontyją w okolicy godz. 22-giej.

No to czekaliśmy aż nasz maluch wyjedzie z bloku. Patrzymy a Junior na szpitanym łóżku jedzie i...smacznie sobie chrapie. Młody tak się tym zmeczył wszystkim, zasnął jak kamień (dodatkowo znieczulenie zadziałało) i spał tak sobie przez trzy godzinki. Snem strasznie głębokimi spokojnym. Dostał dwie kroplówki przez werflon i tlen, żeby mu się lepiej oddychało. W między czasie zoperowano także Igorka, któr po wyjechaniu z bloku strasznie płakał. Jak ja się bałam, że młody też się tak rozpłacze z bólu jak się obudzi.... No ale jak wstał od razu pięknie z nami rozmawiał (po swojemu rzecz jasna) i uśmiechał się do wszystkich. Pani pielęgniarka powiedziała, ze można mu się dać napić herbatki, na co Marek od razu żywo zareagował. Dostał więc swoje picie i ... po godzinie je zwymiotował całe, zalewając kołdrę, poduszkę, pościel i piżamikę.... masakra. Ale pielęgniara uspokoiła nas, że tak się zdarza po narkozie. Dałamu środek antywymiotny dożylnie i wszystko już było OK.

Zostaliśmy sami w pokoju, złączyłam łóżka tak abyśmy oboje mieli dużo miejsca. Wiedziałam, że młody się wypał więc szybko nie zaśnie a poza tym nie był przyzwyczajony do spanie ze mną, ale to co było w nocy przeszło moje wyobrażenia....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz