niedziela, 10 czerwca 2012

Wirus się szerzy nawet w długie wekendy

Tak... dopadło mnie.
Siedziałam sobie w poniedziałek w pracy i coś mi w gardle stało...bolało... i spokojnie siedzieć nie dało. Wieczorem było gorzej, bolało jak cholera - ale jak się w nocy obudziłam bo miałam wrażenie, że moja własna ślina nie chce się przecisnąć przez migdałki, wiedziałam, że to nie zwykłe przeziebienie, chociaż miałam nadzieję, że rano bedzie lepiej - jak sie domyślacie nie było. A zatem przed 8-mą rano, kiedy to moja mama odprowadzała Mareckiego do przedszkola poszłam z nimi i skręciłam w stronę przychodni. Duszę miałam na ramieniu, bo po ostatnich opowieściach Polly bałam się, że zostanę przyjęta najwcześniej w piątek...
Pod okienkiem nie było za dużo osób.... podałam Pani nazwisko mojej lekarki i czekam co powie.. a ona mi na to: wizyta o 8:20! A była 8:00!!! Podeszłam do gabinetu, a tam nawet pół człowieka nie siedziało, tak więc byłam u Pani doktor wcześniej niż kartoteka :) A jednak cuda się zdarzają!
Pani doktor do gardła zajrzała i ręce załamała.. ponoć migdałki wielkości brzoskwini a w dodatku zaropiałe jak nic... to już teraz wiadomo czemu miałam wrażenie że się dusze i czemu tak bolało. Nie wiem czy to jakas epidemia, bo najpierw Polly ( i to pewnie jej anginka na mnie przeszła ?:D), ja a teraz przeczytałam, ze i Monię dorwało. Mam nadzieję, że nikt inny już nie cierpi.
Dostałam zwolnienie do końca tygodnia i solidną dawkę antybiotyku. Na szczeście miałam tylko stan podgorączkowy, ale byłam strasznie osłabiona - nawet dojście do przychodni  (ulice dalej) było dla mnie wyczynem. Antybiotyk pomógł już na drugi dzień, ale osłabienie się nasiliło i byłam nie do życia.
A w środę miałam jechać na wieś do taty... Ehhh choroba niestety nie wybiera i nie rozumie co to długi wekend i dopiero w piątek poczułam sie na tyle lepiej żeby wyjechać.
Wyjazd był o tyle konieczny, że musieliśmy wytransportować część rzeczy(w tym rower) na wieś, bo młody już za tydzień jedzie na wakacje. Zatem zamiast 5 spędziliśmy z dzadkiem 3 dni. Głownie młody poswięcił się nauce utrzymywania równowagi. W jego starym rowerku dziadek odkręcił pedały i młody odpycha się od podłoża i próbuje jechac kawałeczek sam, kolejnym etapem było pchanie rowerka z impetem i przy maksymalnej prędkosci puszczenie Mareckiego a on wtedy pięknie gnał do przodu :) I tak małymi krokami powinien w te wakacje nauczyć sie jeździć :)
Na Mlecznych Fotkach filmik z jazdy ekstremalnej :)
A jutro.. jutro do pracy...

PS O Euro nie było...ale oglądamy..oglądamy...




18 komentarzy:

  1. No faktycznie epidemia. Marecki zuch. A Euro też oglądam i dopinguję!

    OdpowiedzUsuń
  2. pewnie winna ta paskudna, zmienna pogoda - dużo zdrówka życzę :)
    p.s.pozdrowienia dla Polly - jeśli to ta, która miała kiedyś na blogu kolorowe skarpetusie z pięcioma palcami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ta sama, dziękuję :)

      Usuń
    2. Co do pogody, to zaczynam wątpic czy będzie normalna- ustabilizowana :
      A co do Polly jak widać - ta sama :D

      Usuń
  3. No ja też chorowałam, od 29 maja tez przez cały tydzień byłam na L-4. Ja na szczęście nie gardło tylko kaszel tak okropny, ze w nocy się dusiłam. Na szczęście jest dobrze, choć resztki kaszlu pozostały.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u mnie już gardełko nie boli, ale zapobiegawczo antybiotyk mam cały zjeść. Ehh te choroby...

      Usuń
  4. Zdrowiej zdrowiej, tego życzę:)

    OdpowiedzUsuń
  5. zdrowka zycze zeby sobie chorobsko jak najszybciej poszlo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. odchodzi, odchodzi i mam nadzieję, że nie wróci....

      Usuń
  6. Mówię Ci że to się przez blogi roznosi :))

    OdpowiedzUsuń
  7. O, to nie tylko ja taka zadżumiona? :)Witaj w klubie :/
    Zdrówka kochana :*

    OdpowiedzUsuń
  8. Szybkiego powrotu do zdrowia :)

    OdpowiedzUsuń
  9. oj biedna ty moja biedna
    mleczko&mleczko

    OdpowiedzUsuń