środa, 1 maja 2013

wiosna

Udało się.. chociaż już traciłam nadzieję. W poniedziałek wstałam o 5:00 żeby pojechac w jedno z moich ukochanych miejsc..
Ale od poczatku. Wyjazd planowałam już na poczatku roku, że na wiosnę napewno pojadę - na wiosnę , bo wtedy jest tam wyjątkowo, magicznie.
Śledziłam w necie czy już nadszedł ten wyjątkowy czas i gdy tylko pojawiła się informacja próbowałam zmontować wyjazd.
Miałam pojechać już 17-tego, ale delikatnie mówiąc nie wyszło, potem zdecydowałam się na wyjazd tydzień później - niestety choroba mnie dopadła i nie byłam w stanie. Wybrałam więc termin piątkowy. Byłam zdeterminowana. Uderzyłam do A., niestety w piątek mu nie pasowało. I już chciałam sama jechać i przypomniał mi się jeszcze jeden człowiek ze starej dobrej ekipy. Ten wydał się mega zainteresowany, ale niestety piątek mu nie pasował, za to poniedziałek - jak najbardziej. Cóż.. tak bardzo chciałam pojechać, że mógł być i poniedziałek. Okazał się że pojedzie jeszcze szwagier kumpla i A, któremu ten dzień też pasował.
Tak wiec ja i moich trzech muszkieterów o godzinie 6:00 wyruszyliśmy do Doliny Chochołowskiej :) Po dwóch godzinach z minutami byliśmy na miejscu...
 

 
Chłopaki do zdechlaków nie należą i wiedziałam, że lekko nie bedzie. Już od samego początku, tempo było zawrotne - po prostu śmigaliśmy po dolinie :) Ale byłam dzielna i nie pozostawałam w tyle. Po drodze rozmawialiśmy i śmialiśmy się i o dziwo nawet faceci mi nie docinali :)
Po dotarciu na miejsce pokazał nam się piękny widok, ten po który tam przyjechałam. Fioletowy dywan z krokusów..
 

 
 

 

Cudnie było. Moi towarzysze postanowili jeszcze wejść na Grzesia i chociaż mnie namawiali wiedziałam, że z nimi kondycyjnie nie dam rady, postanowiłam więc poczekać na dole. Miałam czas na zdrobienie zdęjęć i odpoczynek. Czas dla siebie... Tak odpoczywałam, że nieźle mnie słonko chwyciło i dopiero po powrocie do domu okazało się, że mam na twarzy odcień młodego Apacza :)
Muszkieterowie wrócili równo po trzech godzinach, po czym zjedliśmy po szarlotce, pogadaliśmy i w tempie ekspresowym ruszyliśmy w dół.
Ostatni, asfaltowy, odcinek drogi postanowiliśmy pokonać na rowerach. Nie muszę pisać, że jechało się fajnie bo z górki :) Zakupiłam też dla Mareckiego oscypi, bo w końcu młody za nimi przepada.
 
Taki dzień był mi potrzebny. Było naprawdę wspaniale. W końcu poczułam wiosnę
 
 
A najbliższe dni, to przygotowania do komunii. I następny post zapewne o tym :)
 
 

18 komentarzy:

  1. Ale cudo! Zazdroszczę możliwości zobaczenia tego na żywo. A jak z turystami? O tej porze roku było ich nieco mniej?

    Pozdrawiam serdecznie ze słonecznej (dziś) wyspy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, ty tam u siebie też masz niezłe widoki :) Ludzi średnio, bo to tydzień z długim weekendem, ale i tak zdecydowanie mniej niz latem
      PS u nas leje, więc zazdroszcze słonka

      Usuń
  2. cudnie te łąki fioletowe :) zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jezusicku, Mleczkowa, jak mnie potrzebny jest taki dzień! Tylko ja to bym się wybrała z mężowatym, bo oboje potrzebujemy odpoczynku, ruchu i powietrza. Super, że udało ci się wybrać w podróż z kolegami, naprawdę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, to trzeba sobie taki dzionek zorganizować. Wszystko da się zrobić, przekonałam się!
      Człowiek musi sobie czasem odpocząć bo inaczej można oszaleć...

      Usuń
  4. Cuuudnie :) Ja marzę o zobaczeniu krokusów co roku i co roku coś ważniejszego wypada :) Dobrze, że przynajmniej Ty dałaś radę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no wiesz.. ty to masz bliżej ode mnie . W przyszłym roku marsz na krokusy!

      Usuń
  5. Podobne miałem u siebie w ogródku - do zobaczenia bez większego wysiłku :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no nie mów, ze schronisko tez masz w ogródku :D

      Usuń
  6. Super wyjazd, a ten fiolet coś pięknego !!!

    OdpowiedzUsuń
  7. Pięknie :) Czekam na relację z komunijnych przygotowań - przerabiałam to rok temu, ale jakby to było wczoraj...

    OdpowiedzUsuń