sobota, 31 sierpnia 2013

Jak to na urlopie bywało cz II

Kolejny dzień postanowiliśmy spędzić na oglądaniu okolic z innej perspektywy. Najpierw przejechaliśmy się kolejką bieszczadzką a potem statkiem.
 
BIESZCZADKA KOLEJKA LEŚNA
 
Jak sama nazwa wskazuje jeździ po lasach i dróżkach, z zawrotną prędkością :) Ale dla dzieciaków to wielka frajda :) Nie można się jednak spodziewać zawrotnych bieszczadzkich widoków, bo kolejka porusza się głównie po zalesionym terenie i to co pasażer ogląda najczęściej to drzewa i krzewy :)
I oczywiście trzeba się uzbroić w cierpliwość jeżeli chodzi o oczekiwanie na odjazd. Teoretycznie są dwa kursy dziennie. Jednak jest tak dużo chętnych, że organizuje się jazdy dodatkowe. My byliśmy w kasie o 11:00 i nie było już biletów na 13:00, mieliśmy szczęście, że załapaliśmy się na kurs o 13:20, bo ci za nami się już nie upchali. Aby zająć dobre miejsce w wagoniku to trzeba trochę powalczyć - jak za komuny w PKP :)
Oczekiwanie na odjazd można sobie jednak umilić oglądając mały skansen
 
 



 
Po przejażdżce  kolejką, pognaliśmy na kolejną atrakcję czyli rejs stateczkiem. Wszystkim polecamy statek TRAMP, który odpływa z Polańczyka. Jest najtańszy i ma ponoć najdłuższą trasę. Co prawda na poranny rejs się nie załapaliśmy bo był komplet, ale na ten o 17:15 nie było problemu się dostać, myśleliśmy nawet, że zabranie minimalnej ilości chętnych, ale na szczęście zebrała się grupka i popłynęliśmy
Z perspektywy wody, Zalew Soliński jest jeszcze piękniejszy, widać wtedy wszystkie zatoczki i poszarpaną linie brzegową a w tym wszystkim jeszcze żaglówki. Polecamy więc wszystkim taka wodną przygodę.
 

 
 




 Po takich atrakcjach zjedliśmy obiadokolację w naprawdę niewinnie wyglądającej knajpce "Pod Batem" gdzie zjedliśmy przepyszna zupkę pomidorową i drugie dania za niewielką opłatą
I tak nam minął kolejny dzień
 
Czwartek był "moim" dniem. Bo wtedy właśnie wybraliśmy się na POŁONINĘ WETLIŃSKĄ. W końcu moje ukochane górki :) Wybraliśmy najpopularniejszą trasę, tym bardziej, ze był to nasz pierwszy raz w Bieszczadach. Trasa zapowiedziana była na ok godzinę do schroniska.
Szlak prowadzi najpierw łagodnie przez polanę a później już przez las i podejście o tyle męczące, że wciąż droga usłana kamieniami i ciężko się po nich idzie tym bardziej pod górę. Można jednak w trasie podziwiać przedziwne naturalne rzeźby z drzewnych korzeni. Po kilkunastu minutach wychodzi się z lasu na pusta, otwarta przestrzeń i człowiek od razu nabiera powietrza :)
 
początek trasy

 i tak ciągle w górę
 
 nareszcie przestrzeń
 
Do schroniska idziemy już skrajem połoniny i powoli pokazują się nam piękne widoki. Jeszcze trochę pod górę i docieramy do schroniska. Chatka Puchatka to najwyżej położone schronisko w Bieszczadach i jest dość...specyficzne.... Nie poraża swoją wielkością, a tym bardziej wyposażeniem :).  Nawet toaleta jest na zewnątrz i powiem Wam, że po opisach moich chłopaków - nie skorzystałam z niej :)
Jako, że zbliżała się pora obiadu Młody zapragnął coś zjeść. Do wybory były tylko dwie zupy: żurek i grochówka :) Wybór padł na to pierwsze. Patrząc jak zupka wyglądała, poprosiłam najpierw Mleczko żeby skosztował, ale ten stwierdził, że nawet dobre, no to młody mógł konsumować :)
 
żurek z jajem
 
 "Chatka Puchatka"
 

 
 Na szczęście punkt widokowy nie był w toalecie :)
Schronisko miało być celem naszej wycieczki, ale jak spojrzałam w dal, to sobie pomyślałam, ze grzechem byłoby nie pójść dalej chociażby na Osadzki Wierch. Trasa przewidywała jeszcze godzinna wędrówkę, więc trzeba było ponegocjować z Juniorem. Najpierw kręcił nosem, ze jego nóżki mogą tego nie wytrzymać, ale jak mu obiecałam dwie gałki lodów za dotarcie na szczyt od razu się zgodził. Był taki zaparty, że nawet po drodze odpoczywać nie chciał, bo tak mu te dwie gałki lodów w głowie siedziały.
O połoninie nie  ma co pisać. Trzeba ta być. Zachłysnąć się widokami i wiejącym wiatrem. Można jedynie spróbować zatrzymać te chwile na zdjęciach. Parę z nich możecie zobaczyć TU, ale nie wiem czy mi się to do końca udało.
Po dotarciu na Osadzki, wróciliśmy tę samą trasą do samochodu i chociaż droga w dół jest o wiele lżejsza to moje kolana odczuły to nie najlepiej. Pożegnaliśmy Połoniny. Jednego jestem pewna, że będę chciała tam wrócić, na dłużej i odwiedzić więcej tras w Bieszczadach. No i oczywiście, zgodnie z obietnicą całą wycieczkę zakończyliśmy lodami, jakże zasłużonymi, bo Marecki cały dzień nie marudził, że go nóżki bolą :)
 
nagroda dla Młodego
 
nagroda dla Dużych :)
Piątek spędziliśmy nad wodą a wieczorkiem poszliśmy znów na lody i pożegnać Polańczyk, po drodze zaliczyłam punkt widokowy. W sobotę rano jeszcze odwiedziliśmy Zalew, żeby ostatni raz się potaplać. Przed południem wyruszyliśmy jeszcze do Sanoka, żeby zobaczyć zamek i miasteczko
 
SANOK
Zamek w Sanoku jest pięknie wyremontowany i pięknie się prezentuje. Wewnątrz można zobaczyć piękną kolekcję ikon, która naprawdę nas zachwyciła. Markowi najbardziej spodobała się ikona z Archaniołem Michałem:
 

 
W kolejnych wnętrzach można podziwiać dzieła, chyba wszystkie, Beksińskiego. Wiem, że są straszni fani jego sztuki, jednak mnie średnio się podoba. Może pojedyncze obrazy. Niektóre dzieła są dość..hmmmm mroczne, dziwne a nawet przerażające i nie za bardzo dla małych dzieci, wiec przelecieliśmy szybciutko, tak żeby młodemu później nie śniły się koszmary. Marek zwrócił uwagę tylko jeden z nich i nawet mu się spodobał. Nazwał go "Kosmici"
 
"Kosmici"

 Zamek w Sanoku
 
 
 w poszukiwaniu skarbów

Sanok, posiada urokliwy ryneczek z klimatycznym kościołem franciszkanów. Było tak ciepło, że nie zważając na Straż Miejską moczyliśmy nogi w fontannie :). Zjedliśmy także przepyszny obiad na rynku i odwiedziliśmy wojaka Szwejka :)


 


 



Prosto z Sanoka, pojechaliśmy do ... Kantadeski. Rodzinka powitała nas bardzo serdecznie i ugościła jak własna rodzinę, co nas naprawdę wzruszyło. I chociaż było to nasze pierwsze spotkanie miałam wrażenie, że znamy się od lat. Nie zauważyłam u żadnej ze stron nieśmiałości czy sztywności :)
A co tam się dokładnie działo to już nasza słodka tajemnica. Napisze tylko tyle, że Marecki znów się zakochał a my odkryliśmy że bawią nas te same kabarety :) No i jak nic robimy najlepsze sweet focie na świecie :)
U Kantadeski posiedzieliśmy do poniedziałku i po południu ruszyliśmy do domu, do którego szczęśliwie dojechaliśmy wieczorkiem
 
Uffff i już urlop, urlop i po urlopie...

PS. Smykolandia przypomniała mi o temacie gorączki. No tak z tego wszystkiego zapomniałam o tym napisać. Otóż Marecki przez cały nasz pobyt miał pozatykany nos w nocy, w dzień jak ręką odjął. No ale w niedzielę rano obudził się już z lekka gorączka, po podaniu syropku przeszło, ale wróciło znów wieczorem. Niestety gorączką nie dawała za wygraną i w poniedziałek nafaszerowany nurofenem junior jechał do domu. We wtorek u lekarza okazało się że dopadło go zapalenie zatok i bez antybiotyku się nie obyło... niestety. A wredna gorączka odpuściła dopiero w czwartek. Na szczęście w następny weekend już było wszystko ok :)
 




9 komentarzy:

  1. Podsumowując - warto zobaczy Bieszczady (ja jeszcze nie wiedziałam), Solina nie ma piaszczystych plaż, Sanok - odwiedzamy koniecznie, a co z tą gorączką? Marecki jest bardzo dzielny. Dał radę z Wami wędrować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to też był mój "pierwszy raz", ale polecam :)
      Młody wędrował bo miał silną lodową motywację :)
      Co do gorączki już napisałam :)

      Usuń
  2. pięknie, sama mam ochotę na Bieszczady:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Byłem kiedyś, daawno temu, na Połoninie Wetlińskliej. Niestety nic już z tego nie pamiętam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Czyli urlop zaliczasz do udanych i to najważniejsze :) Teraz tylko - oby do lata ;))

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobra dobra, Ty mi tu podróżami oczu nie mydl - jak tam podboje miłosne Młodego?:)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Podbił co najmniej jednego Lachona - Lenkę :)

    OdpowiedzUsuń